Kolarskie talenty wykuwane z piasku

Kolarskie talenty wykuwane z piasku

Po jednej stronie: niezliczone rzesze ludzi, uprawiających amatorskie kolarstwo. Po drugiej: zaledwie garstka zawodowców, startujących w najważniejszych imprezach na świecie. Czy istnieje między nimi jakieś połączenie? Jak przełożyć popularność dyscypliny na sukcesy, odnoszone w profesjonalnym peletonie?

Blisko 600 osób stanęło w ostatni weekend maja na starcie wyścigów kolarskich z cyklu Majka Days w Krynicy Zdrój - niemal jedna trzecia więcej, niż w ubiegłorocznej edycji. Kilka tygodni wcześniej w Toruniu, na zawodach, rozgrywanych pod patronatem Michała Kwiatkowskiego – kolarskiego mistrza świata z Ponferrady, stanęło ponad półtora tysiąca zawodników i zawodniczek oraz pokaźna grupa dzieci. Ale nie tylko nazwiska naszych najlepszych kolarzy przyciągają tłumy. Realizowana od kilku lat z dużym rozmachem impreza Poznań Bike Challenge

szybko osiągnęła status rodzinnego kolarskiego święta, potrafiącego zgromadzić i zaangażować kilka tysięcy uczestników. Kalendarz imprez dla amatorów szosowego ścigania już dzisiaj jest bardzo bogaty, a z roku na rok pojawiają się w nim kolejne propozycje. Na niską frekwencję organizatorzy narzekać raczej nie mogą, bo kolarstwo szosowe od kilku lat rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, a jego potencjał wciąż ma jeszcze olbrzymie rezerwy.

Fot. Adobe StockFot. Adobe Stock

Na te pozytywne zmiany wpływ ma kilka czynników. Przede wszystkim znacząca poprawa infrastruktury drogowej, która sprzyja uprawianiu kolarstwa szosowego. O ile jeszcze kilka lat temu znalezienie odpowiednio długiego odcinka w miarę równej drogi było dla kolarza-amatora nie lada wyzwaniem, o tyle dzisiaj nie stanowi to problemu nawet z dala od głównych szlaków komunikacyjnych. Spora poprawa – choć tu wciąż jest sporo do zrobienia – nastąpiła też w kwestii współużytkowania tych dróg przez kolarzy i kierowców.

Ci ostatni w większości oswoili się już z obecnością rowerzystów w pasie drogi, co po części wynika również z tego, że sami coraz częściej przesiadają się na rower. Według badań, zrealizowanych na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki, aż 36% Polaków deklaruje regularną jazdę na rowerze jako podstawową formę aktywności fizycznej, na którą poświęcają średnio ponad 3 godziny w tygodniu. W tym gronie wciąż rosnącą grupą są amatorzy jeżdżenia „szosą”.

Fot. Adobe StockFot. Adobe Stock

Nie bez znaczenia jest fakt istotnej poprawy wizerunku samego kolarstwa szosowego po dopingowych skandalach, nękających dyscyplinę w pierwszej dekadzie XXI wieku. Brzemię sportu szczególnie podatnego na pokusy dopingu ciąży kolarstwu jeszcze do dzisiaj, choć to właśnie tutaj powstało najwięcej rozwiązań, pozwalających z dopingiem skutecznie walczyć (np. paszporty biologiczne, system ADAMS), a wykrywane przypadki dopingu wg danych WADA za 2016 rok stanowiły tylko 1,1% ogólnej liczby popranych próbek,

czyli w granicach średniej dla wszystkich dyscyplin olimpijskich. Pozytywna zmiana wizerunku dyscypliny to niezwykle długi i powolny proces, ale w ciągu ostatnich kilku lat istotnie przyspieszył, również dzięki zaangażowaniu części drużyn kolarskich, zrzeszonych w organizacji MPCC (Ruch Na Rzecz Czystego Kolarstwa), stawiającej sobie nieco wyższe cele w zakresie etyki w dyscyplinie, niż wynikające wprost z regulacji UCI (Międzynarodowej Unii Kolarskiej) i WADA (Światowej Organizacji Antydopingowej).

Fot. ERIC GAILLARD/AP

Kolarstwo szosowe przestało też być domeną mężczyzn i zaczęło szybko zyskiwać popularność wśród kobiet, co również przekłada się na popularność całej dyscypliny. Obecność w kobiecym zawodowym peletonie i osiągane w nim sukcesy polskich zawodniczek (m.in. Katarzyny Niewiadomej, Małgorzaty Jasińskiej, Katarzyny Pawłowskiej) stanowią znakomity przykład dla wielu

amatorek, które coraz częściej wsiadają na rowery szosowe. Ich obecność na amatorskich wyścigach i rywalizacja ramię w ramię z mężczyznami już w niemal wszystkich kategoriach wiekowych jest najlepszym potwierdzeniem tego pozytywnego dla amatorskiego kolarstwa trendu.

  • Katarzyna Niewiadoma (The Women's Tour)

  • Fot. Łukasz Huzarski

  • Fot. ADAM STEPIEŃ

Uprawiane przez amatorów kolarstwo szosowe sukcesywnie zyskuje jeszcze jeden dodatkowy napęd: coraz większe zaangażowanie sponsorów. Znakomitym przykładem skutecznie realizowanej strategii marketingowej są działania Skody, która mocno opiera się na inwestycji w kolarstwo, poczynając od wsparcia dla lokalnych inicjatyw szkoleniowych (np. akademia kolarska Bartosza Huzarskiego), przez realizację serwisu internetowego z ciekawostkami i poradami dla amatorów, po partnerstwo w organizacji największych imprez kolarskich, jak choćby wspomniane wcześniej zawody Poznań Bike Challenge.

Fot. www.welovecycling.com/plFot. www.welovecycling.com/pl
Fot. www.welovecycling.com/plFot. www.welovecycling.com/pl

Jest to pochodna globalnej strategii marki, opartej o wsparcie kolarstwa i obecność w roli partnera na większości najważniejszych wyścigów na świecie. Śladem Skody coraz częściej podążają inne marki, znajdujące w szybko zdobywającej popularność dyscyplinie szansę na wzmocnienie swoich brandów, w czym pomocny może być też fakt, że kolarstwo nie jest sportem tanim i angażuje przede wszystkim atrakcyjną grupę ludzi o dużym potencjale zakupowym.

No i w końcu ostatnia, ale chyba najważniejsza z przyczyn, stojących za wzrostem popularności dyscypliny: sukcesy polskich zawodników w zawodowym peletonie. Zdaniem Adama Probosza, komentatora kolarstwa w Eurosporcie, to właśnie od 2014 roku, czyli pierwszych po 21 latach etapowych zwycięstwach Rafała Majki w Tour de France i zdobytym przez Michała Kwiatkowskiego tytule mistrza świata, daje się zauważyć skokowy wzrost zainteresowania kolarstwem przez polskich kibiców. Zainteresowania i rosnących oczekiwań, bo od kiedy na przestrzeni ostatnich kilku lat polscy kolarze zaczęli w światowym peletonie odnosić coraz więcej sukcesów

i odgrywać coraz poważniejszą rolę, wraz z nimi wzrosła zarówno wiedza kibiców o samym kolarstwie, jak i marzenia o kolejnych zwycięstwach. Wyścigi, w których uczestniczą Polacy, cieszą się dziś uwagą wielokrotnie większej grupy widzów, niż ta, która śledziła kolarstwo jeszcze przed kilku laty. A okazji jest niemało, bo w najważniejszym w kolarskim świecie cyklu World Tour jeździ dzisiaj aż ośmiu polskich zawodników oraz cztery zawodniczki w serii Women’s World Tour – rzadziej relacjonowanej, ale coraz silniej obecnej w świadomości kibiców.

  • Fot. MARCIO JOSE SANCHEZ/AP

  • Kwiatkowski, Mediolan-San Remo (Dario Belingheri)

  • Fot. www.welovecycling.com

Wydawać by się mogło, że skoro kolarstwo amatorskie rośnie w siłę, a wyścigów i ich uczestników z roku na roku na rok przybywa, to o następców Kwiatkowskiego, Majki, Marczyńskiego czy Niewiadomej możemy być spokojni. Ale w praktyce okazuje się to być znacznie bardziej skomplikowanym procesem, a przełożenie popularności dyscypliny w gronie amatorów na wyniki w zawodowym peletonie wcale nie jest takie proste.

Cezary Zamana, były zawodowy kolarz, a obecnie jeden z organizatorów cyklu imprez dla amatorów, zwraca uwagę na fakt, że głównym celem realizowanych przez niego zawodów jest popularyzacja kolarstwa jako formy aktywności ruchowej, przede wszystkim w grupie osób dorosłych.

Fot. Mieczysław Michalak/ AGFot. Mieczysław Michalak/ AG

Zaangażowanie dzieci w sport rowerowy ma charakter bardziej wspólnego spędzania czasu, niż prób rozwijania kolarskich talentów, co wymaga wytrwałej i ciągłej pracy i czego nie da się zastąpić weekendowymi aktywnościami. Poszukiwaniem młodzieży o dużym potencjale sportowym oraz jego kształtowaniem, powinny się w pierwszej kolejności zająć kluby i organizacje kolarskie.

Weekendowe imprezy to bardziej okazja do towarzyskiego spotkania i spędzenia czasu w atmosferze sportowej rywalizacji. Klub kolarski i profesjonalny trener, który pomoże zawodnikowi zrozumieć, rozwinąć i wykorzystać naturalne atuty i cechy danego kolarza, to jedyna sensowna droga rozwoju dla kogoś, kto marzy o karierze w profesjonalnym kolarstwie.

Od kilku lat funkcjonuje w Polsce Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa, realizowany pod patronatem Ministerstwa Sportu i Turystyki i zarządzany najpierw przez Polski Związek Kolarski, a obecnie – z uwagi na trwający w PZKol program naprawczy – przez Polski Komitet Olimpijski. Jednym z jego podstawowych założeń jest między innymi stworzenie spójnego systemu wyłaniania talentów i pozyskiwania dzieci do uprawiania sportu.

Zdaniem Artura Szarycza – członka zarządu PZKol, odpowiedzialnego za koordynację programu po stronie Związku – efekty trwającego czwarty rok programu dopiero zaczynają być widoczne w postaci rosnącej liczby jego uczestników, stających na starcie organizowanych pod patronatem Związku zawodów.

Ubiegłoroczne zawody w Ciechanowie (fot. Materiały prasowe)Ubiegłoroczne zawody w Ciechanowie (fot. Materiały prasowe)

Szarycz zwraca uwagę na to, że sam program w swojej istocie zakłada długotrwały proces od wzbudzenia zainteresowania dziecka do uprawiania danej dyscypliny, przez jego wyposażenie i zaangażowanie w regularne treningi, aż po pierwsze efekty, widoczne na zawodach. Pozostaje tylko pytanie czy program nie wystartował zbyt późno, ale najwyraźniej ówczesna ekipa, zarządzająca pracami ministerstwa, zauważyła kolarstwo dopiero wtedy, gdy polscy zawodnicy stali już na podium.

Nieco inaczej na problem patrzy Bartosz Huzarski - kolarz, który w 2016 roku zakończył zawodową karierę, a dziś angażuje się przede wszystkim właśnie w wyszukiwanie i rozwój młodych talentów. Jego zdaniem to szkoła powinna być naturalnym środowiskiem, w którym zaszczepia się pasję do uprawiania sportu – w tym również kolarstwa – ale to zadanie napotyka dwie zasadnicze przeszkody: dość ubogi program zajęć z wychowania fizycznego i zbyt duże obciążenie zajęciami lekcyjnymi dzieci w 6. i 7. klasie – czyli w tym okresie, w którym rozwijają się najszybciej i najłatwiej jest zidentyfikować i rozwijać ich predyspozycje do danej dyscypliny. Jeśli do tego dołożyć coraz powszechniejszą niechęć do systematycznej pracy, ale w zamian

oczekiwanie natychmiastowej gratyfikacji, dostajemy obraz niezbyt zmotywowanego młodego człowieka, któremu mówimy, że aby odnieść sukces powinien trenować po 2-3 godziny, przez sześć dni w tygodniu. Zdaniem Huzarskiego problemu nie rozwiąże fundowanie sprzętu, tylko bardzo żmudna praca u podstaw i zarażanie młodych ludzi kolarską pasją. Realizowany przez popularnego „Huzara” i wspierających go sponsorów program, trwający kilka tygodni i angażujący zarówno dzieci, nauczycieli WF-u oraz rodziców, skutkuje czasami pozyskaniem trójki lub czwórki dzieci, które faktycznie zapalają się do uprawiania kolarstwa. A tutaj przecież praca z nimi dopiero się rozpoczyna.

Wszystkie wypowiedzi moich rozmówców miały jeden wspólny element: wskazywały kolarstwo amatorskie jako źródło inspiracji i zainteresowania dyscypliną, ale nie pozyskiwania talentów do zawodowego uprawiania tego sportu, bo w momencie, kiedy nawet młody i utalentowany amator staje na starcie komercyjnej imprezy, jest już zazwyczaj za późno na rozpoczęcie pracy nad jego talentem. W dzisiejszym sporcie kształtowanie młodego człowieka do uprawiania danej dyscypliny przynosi najlepsze efekty między 10. a 16. rokiem życia dziecka. Ale – co ważne – jest to najlepszy czas na kształtowanie cech fizycznych i charakteru młodego człowieka, ale jeszcze nie jego kariery, a popełnianie takiego błędu nader często przytrafia się rodzicom. Natomiast uprawianie kolarstwa i branie udziału w zawodach dla amatorów jest nieocenionym źródłem inspiracji i przykładów, jakie dorośli mogą – i powinni – dawać swoim dzieciom.

Tym bardziej, że Polsce – jak zauważa Adam Probosz – nie udało się wykorzystać i odpowiednio zdyskontować tytułu mistrza świata, który w 2014 roku w Ponferradzie zdobył Michał Kwiatkowski.

Fot. Adobe StockFot. Adobe Stock
Michał Kwiatkowski (Fot. facebook.com/TeamSky)Michał Kwiatkowski (Fot. facebook.com/TeamSky)

W połowie lat 80. wszystkie dzieciaki chciały być jak Lech Piasecki, a kolarskie szkółki pękały w szwach. Dziś wszyscy chcą być Lewandowskimi, a Kwiatkowskiego kojarzą nieliczni. Sukces w kolarstwie to dzisiaj wyłącznie efekt mrówczej pracy garstki pasjonatów, którzy jak Bartosz Huzarski czy Zbigniew Klęk poświęcają cały swój czas na wyszukiwanie i wykuwanie kolarskich talentów wśród młodych ludzi.

Ale ci ostatni potrzebują dobrych przykładów. Potrzebują zarówno idoli, jak Kwiatkowski i Majka, ale też zwykłych, codziennych inspiracji, dawanych im przez dorosłych. Przykładów na to, że kolarstwo jest nie tylko pasjonującym, choć niewątpliwie niezwykle ciężkim sportem, ale również dobrym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Bez nieustannego inspirowania młodych ludzi własnym przykładem, bez ciężkiej pracy nad ich talentem, bez wsparcia ze strony sponsorów i bez zaangażowanych trenerów nie uwolnimy się od pytań „dlaczego nikt z naszych nie jedzie w Giro?”

Fot. PETER DEJONG/APFot. PETER DEJONG/AP

Mamy najlepszy w historii czas dla rozwoju kolarstwa. Warto go dobrze wykorzystać, żeby nie poprzestać na ośmiu zawodnikach, czterech zawodniczkach i tylko jednej profesjonalnej drużynie, z rzadka zapraszanej z dziką kartą do udziału w najważniejszych wyścigach. Zapewne Michał Kwiatkowski nie osiągnie w Polsce popularności porównywalnej z Robertem Lewandowskim, choć w sąsiedniej Słowacji Peter Sagan stał się idolem tłumów, a pokaźne grupy kibiców jeżdżą za nim po całym świecie.

Ale mimo wszystko warto przykłady polskich kolarzy pokazywać naszym dzieciom, przypominając słynne powiedzenie Pantaniego, że „nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem”. Warto szukać dla nich szkółek i trenerów, a w razie potrzeby organizować je na własną rękę. Bez tego wciąż będziemy często przyjemnie spędzać czas na rowerze, ale rzadko cieszyć się sukcesami naszych zawodników.

Mikołaj Marczyk: Mam siedem rajdów, a rywale po 200

Mikołaj Marczyk
Mam siedem rajdów, a rywale po 200

Doświadczeni kierowcy chcą ze mną dyskutować, dzielić się swoimi przeżyciami. Teraz w rozwoju wspiera mnie Jarek Baran, czyli były pilot Kajetana Kajetanowicza, który zdobył z nim m.in. trzy tytuły mistrza Europy – mówi Mikołaj Marczyk. Czy 22-latek jest przyszłością polskich rajdów?

__________________
Łukasz Jachimiak

Łukasz Jachimiak: Coraz głośniej o Panu w polskim motosporcie, mimo że jeszcze nie jest Pan jego gwiazdą. Kiedy i jak planuje Pan nią zostać?
Mikołaj Marczyk: Mam 22 lata, a moim celem jest zostanie szybkim i skutecznym kierowcą rajdowym. Sport, w którym startuję, pozwala pokazać potencjał wtedy,

kiedy ma się dobrą maszynę. Z kolei żeby dotrzeć do momentu otrzymania takiej maszyny, trzeba najpierw wykonywać małe kroki, które są niemedialne. Czyli trzeba jeździć w drugoligowych rajdach, w amatorskich zawodach czy w gokartach, w których nawet mistrzowie nie mają statusu gwiazd.

Pan z tej drugiej ligi właśnie wyjechał?
- Myślę, że tak. Świadczy o tym fakt, że w tym roku dostałem wspaniałą szansę startów topowym samochodem. Jeżdżę skodą fabią R5, czyli rajdówką, którą kierowcy zdobywają tytuły mistrzowskie na całym globie, w tym także w mistrzostwach świata WRC-2. Ten rok jest więc dla mnie ogromną szansą. Moja wartość sportowa pokaże czy na takie auto zasługuję, bo kierowców, którzy dysponują takim samochodem jest kilku, a status kierowców wybitnych osiąga niewielu.

Fot. skoda-storyboard.comFot. skoda-storyboard.com

Mam przed sobą rok debiutancki w najmocniejszej klasie w kraju, przejechałem jeden rajd treningowy na Słowacji i dwa w Polsce, teraz jesteśmy przed pięcioma kolejnymi rundami mistrzostw Polski. Mam nadzieję, że udowodnię w nich swoją wartość.

Celuje Pan w podium w „generalce”?
- Moim celem jest dojeżdżanie do mety w każdym rajdzie. To jest w tym sporcie bardzo ważne, bo jeżeli jesteśmy na mecie, to zbieramy punkty i doświadczenie. Nie chcę wypowiadać się konkretnie wynikowo, nie chcę mówić, że zależy mi na piątym, trzecim czy pierwszym miejscu w klasyfikacji generalnej. Nastawiam się tak, że chcę kończyć kolejne starty i być z siebie zadowolonym.

Czyli już Pan sobie wypracował sposób podejścia do startów?
- Mówię trochę na okrągło, ale mam jeszcze za mało informacji na swój temat, żeby mówić inaczej. Trafiłem do świata doświadczonych kierowców, którzy od lat jeżdżą najlepszymi samochodami, a ja jeszcze nie wiem, jaki tak naprawdę jest mój potencjał i gdzie mogę celować.

Doświadczenie jest w rajdach kluczowe, a nie młodość i fantazja, prawda? Mistrzów w Pana wieku raczej nie ma.
- To jest sport, w którym trzeba wszystko wyważyć. Doświadczenie, czyli liczba przejechanych rajdów, to sprawa kluczowa. Ale ono nie musi być powiązane z wiekiem. Gdzieś za granicą może być 20-latek, który już przejechał 100 rajdów i on doświadczeniem będzie lepszy od 30-latka z Polski dopiero dobijającego do tych 100 rajdów. Natomiast po 45. roku życia spada już refleks. Kierowcy często w tym wieku decydują się na starty w rajdach terenowych, takich jak Dakar. Tam doświadczenie ma jeszcze większe znaczenie, a smykałka do bardzo szybkiej jazdy już mniejsze. Najlepsi kierowcy w rajdach drogowych mają zazwyczaj 25-35 lat, to wydaje się optymalny wiek. Ale wszystko przyspiesza. Ja mam 22 lata i wiem, że w innych krajach są kierowcy młodsi ode mnie i mający już dużo więcej przejechanych rajdów.

Fot. skoda-storyboard.comFot. skoda-storyboard.com

W Polsce jestem młodym kierowcą, na świecie już nie aż tak, ale oczywiście nie jestem skreślony, mam szansę zrobić szybkie postępy i być młodym, obiecującym kierowcą.

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. redakcja

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

Ile Pan ma przejechanych rajdów, a ile mają rywale?
- Ja mam na koncie siedem rajdów na poziomie mistrzostw Polski, a np. Grzegorz Grzyb, z którym się w tym roku ścigam, ma tych rajdów ponad 200.

Ale on nie ma 22 lat.

- Ma 42. Generalnie ścigam się z doświadczonymi rywalami. Sam zadebiutowałem w zeszłym roku, w niższej klasie od tej, w której jestem teraz. Jeździłem wolniejszym samochodem z napędem na cztery koła, tam udało mi się zostać najmłodszym mistrzem Polski w historii tej grupy. Dlatego w tym roku dostałem szansę od Skody i jeżdżę najmocniejszym dostępnym autem na rynku.

Fot. moja.skoda.plFot. moja.skoda.pl

Planuje pan karierę w takich szczegółach, że już czeka na Pana marzenie np. o Rajdzie Dakar?
- To jest kolejna dyscyplina, na razie myślę o ściganiu się w rajdach drogowych, płaskich, a nie terenowych. Marzy mi się, żeby realizować moją pasję do rajdów samochodowych na poziomie adekwatnym do moich umiejętności. Jeżeli moje możliwości pozwolą na to, żeby reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej, to życzyłbym sobie startu w najwyższych cyklach, ale jeżeli szczyt moich umiejętności będzie niżej, to nie chciałbym na siłę być w najwyższej klasie i zaniżać poziomu, zabierać miejsca komuś bardziej utalentowanemu. Muszę twardo stąpać po ziemi, muszę sam zobaczyć i innym pokazać, jaki jest mój potencjał.

Czytałem, że w fazie decydowania się na rajdy decyzję na „tak” pomógł Panu podjąć Kajetan Kajetanowicz. Jak to wyglądało?

- Rozmawialiśmy dwa i pół roku temu, przed moim debiutem w rajdach okręgowych. To było spotkanie po zdobyciu tytułu mistrza Europy przez Kajetana Kajetanowicza. Spotkanie zorganizowano w jego rodzinnym Ustroniu. Mistrz odpowiadał na pytania, spędził czas ze swoimi fanami, a ja czekałem, żeby chwilę z nim porozmawiać. Kajto poświęcił mi chwilę czasu, mimo że mnie nie znał.

To był dla mnie energetyczny strzał. Potraktował mnie na tyle poważnie, że nie opowiadał o najlepszych stronach tego sportu. Słusznie uznał, że o nich wiem, skoro marzy mi się zostanie kierowcą rajdowym. Pokazał mi trudniejszą stronę. Mniej więcej przygotował mnie na to, co mnie czeka. Nie zdemotywowało mnie to, nastawiłem się, żeby zawalczyć, iść do przodu, spróbować.

Co konkretnie powiedział? Że przez długi czas nie będzie pieniędzy, że co najmniej do pewnego momentu nie będzie zainteresowania mediów?

- Mówił, że początek jest bardzo trudny, że ciężko o partnerów do pomocy w tym wszystkim. Że trzeba się w pełni zaangażować, całe życie poświęcić, bo kierowca nie jest zajęty tylko w kilka weekendów startowych, ale przez cały czas bardzo ciężko trenuje. Mówił, że okres zimowy zawsze jest trudny ze względu na kwestie sponsorskie. Trzeba wtedy bardzo walczyć, żeby w kolejnym roku w ogóle móc zaistnieć i wystartować. Sam Kajetan w tym roku w mistrzostwach świata zaczyna startować dopiero w czerwcu, ponieważ okres doprecyzowania spraw z jego partnerami trwał bardzo długo. To jest trudna dyscyplina sportu, organizacyjnie. Ale jak już się uda, to daje bardzo dużą satysfakcję.

Fot. moja.skoda.plFot. moja.skoda.pl

Ścigał się Pan już gdzieś ze swoim idolem?
- Startowaliśmy raz w tym samym rajdzie – w Rajdzie Barbórki w Warszawie w grudniu. Ale Kajetan jest na zupełnie innym poziomie sportowym. Ja jestem na początku swojej drogi, on jest już bardzo doświadczonym, utytułowany i szybkim kierowcą. Dla mnie jest wzorem, autorytetem, najwybitniejszym polskim kierowcą rajdowym. Chciałbym być kiedyś dla niego godnym rywalem, ale myślę, że nie zdążę, bo nasze pokolenia się trochę mijają.

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

Kajetanowicz albo jakiś inny doświadczony kierowca ocenił pańskie możliwości? Pytam, bo mówi Pan, że sam swojego potencjału do końca nie umie ocenić.
- Dostaję duży kredyt zaufania. Doświadczeni kierowcy chcą ze mną dyskutować, dzielić się swoimi przeżyciami. Teraz w rozwoju wspiera mnie Jarek Baran, czyli były pilot Kajetanowicza, który zdobył z nim m.in. trzy tytuły mistrza Europy.

To dla mnie bardzo dużo znaczy, że taki człowiek mi pomaga. Ale nie chcę mówić, że na pewno stanowię nadzieję dla polskich rajdów albo że jej nie stanowię. Życie to zweryfikuje, a składowych jest bardzo dużo. Nie chodzi tylko o to, żeby szybko jeździć, ale też trzeba sobie doskonale radzić z presją, z różnymi warunkami, trzeba mieć przewlekłe szczęście. Dopiero będę sprawdzał czy będę w stanie to wszystko połączyć.

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

  • Fot. moja.skoda.pl

Wyznaczył Pan sobie jakąś datę, do której chciałby Pan coś konkretnego osiągnąć?
- Na razie rozwijam wszystko z roku na rok, a w zasadzie z miesiąca na miesiąc. Gdybym nie miał szans na jazdę w którymś sezonie, byłaby to dla mnie większa próba. Ale jeżeli wszystko się układa, skoro mam wielką pasję i możliwość realizacji jej na bardzo wysokim poziomie, ze świetnymi partnerami, to rozwijam swoją historię z roku na rok, a te lata szybko mi przelatują. Jak patrzę trzy-cztery lata wstecz, to mam wrażenie, jakby to było dwa tygodnie temu.

Lata mijają, a Pan ciągle występuje jako Miko, a nie Mikołaj. Dlaczego tak? Zostało z dzieciństwa?
- Kiedy jeździłem w kartingu, to trzeba było mieć skrót od imienia, żeby się wyświetlać na telewizorze z wynikami. Z Mikołaja zrobiło się Miko, bo tak też nazywali mnie w domu. A że jest to szybsze, bardziej dynamiczne, to jestem usatysfakcjonowany z ksywki, jaką przyjąłem.

Fot. moja.skoda.pl

Bartosz Huzarski: Wytrzymałem i wygrałem

Bartosz Huzarski
Wytrzymałem i wygrałem

- Do hejtu jestem przyzwyczajony, spływa to mnie jak woda po szklance – mówi Bartosz Huzarski. Były kolarz przejechał wszystkie największe wyścigi świata, pomógł Michałowi Kwiatkowskiemu zostać mistrzem globu, a teraz ocenia jego i Rafała Majkę jako ekspert. Poza tym przekonuje dzieci, że jedna z najtrudniejszych dyscyplin sportu może być pięknym pomysłem na życie.

__________________
Łukasz Jachimiak

Łukasz Jachimiak: Kto ma lepsze nogi – Pan czy Paweł Poljański?
Bartosz Huzarski: Ha, ha, ja, bo byłem pierwszy.

Chyba trzeba wyjaśnić, że mówimy o zdjęciach. I przypomnieć, że Pan pokazał w mediach społecznościowych fotografię swoich nóg w trakcie Tour de France 2014, a Poljański powtórzył ten pomysł w ubiegłorocznej edycji „Wielkiej Pętli”. I znów było poruszenie, znów były komentarze, że może to niekoniecznie dobra promocja kolarstwa.
- Wie pan, dla zwykłego zjadacza chleba, dla człowieka, który nie ma nic wspólnego z zawodowym peletonem to może być obraz szokujący. Ale tak wyglądają nogi większości zawodników w peletonie. To są nogi nie tylko moje czy Pawła, ale 90 procent ludzi jeżdżących w wielkich tourach. Dodatkowo ja mam taką budowę ciała, że żyły mam płytko położone pod skórą i przez cały rok na rękach żyły mi widać. Na nogach już niekoniecznie, to zależy od poziomu tkanki tłuszczowej. Wtedy była na bardzo niskim poziomie, a jeszcze doszło odwodnienie po etapie, doszedł duży wysiłek skumulowany przez wiele dni. Poruszenie faktycznie było wielkie, miałem nawet zaproszenie do Stanów do jakichś programów, żeby o tym opowiadać. Natomiast środowisko było zdziwione zdziwieniem. Inni kolarze mnie pytali, co takiego w tym zdjęciu jest, że ono aż takim echem się odbija. Te nogi były praktycznie wszędzie.

I bardziej promowały kolarstwo czy jednak wywoływały niepotrzebne dyskusje? Pamiętam komentarze typu „a mówi się, że sport to zdrowie”, byli też tacy, którzy twierdzili, że to efekt dopingu.
- A niech pan popatrzy na kulturystów. Jak wyglądają? To jest sport zawodowy, ekstremalny. Jeżeli ja jadę na Tour de France i mam pięć procent tkanki tłuszczowej, to przecież nie mogę wyglądać jak miś polarny. Ale okej, rozumiem, że dla wielu to był widok szokujący. No bo weźmy kogoś, kto jeździ na rowerze amatorsko, powiedzmy że nawet trzy razy w tygodniu po dwie godziny i że wystartuje raz w miesiącu w jakimś amatorskim wyścigu. Jak taki ktoś patrzy na zdjęcie moich nóg, to zaraz popatrzy na swoje zarośnięte nogi na których prawie nie widać mięśni i mówi, że to jest niemożliwe, żeby do tego dojść naturalnie. Ale mi zaraz minie 23. rok jeżdżenia na rowerze. Jak ktoś regularnie uprawia sport na najwyższym poziomie, trenuje na zgrupowaniach wysokogórskich, cały czas dba o dietę i ma pięć procent tłuszczu, to prędzej czy później do takiego efektu dojdzie. Chciałem wtedy pokazać środowisku, jak wyglądają moje nogi po którymś tam etapie Tour de France. I ludzie ze środowiska kolarskiego, czyli ci co się naprawdę znają, odebrali to bardzo normalnie. Mówili „kurde, zaje***... Patrz, jakie Huzar ma nogi, widać, że gość nad sobą pracuje”. Ale wiadomo, że najwięcej do powiedzenia mają ci, co nic nie robią, tylko siedzą i non stop komentują w internecie różne rzeczy.

  • Fot. www.welovecycling.com

  • Fot. www.welovecycling.com

  • Fot. www.welovecycling.com

Ich komentarze bolały?
- Jako zawodowy sportowiec ścierałem się z hejtem już wcześniej, od wielu lat. Byłem pierwszym kolarzem w Polsce, który miał swoją stronę internetową, który pisał bardzo dużo o wyścigach, o swoich odczuciach. Od pierwszego wielkiego touru, czyli od Giro d’Italia 2009, pisałem codziennie kilka zdań o tym jak się czuję, co myślę. I wtedy były komentarze, że Mickiewicz, że poeta, że bajkopisarz. Ale ja wytrzymałem i na tym wygrałem, bo teraz komentuję wyścigi dla telewizji, piszę o kolarstwie dla Skody. Wszystko dzięki temu, że kiedyś ciekawie pisałem i że jestem otwarty. Do hejtu jestem więc przyzwyczajony, on mnie nie przeraża. Naprawdę przywykłem, spływa to po mnie jak woda po szklance.

Fot. www.welovecycling.comFot. www.welovecycling.com

Już nawet nie chce mi się tych komentarzy czytać. Kiedyś zresztą Sylwek Szmyd mi poradził, żebym tego nie robił. Słusznie powiedział, że kiedy jedziesz wyścig, to najlepiej się odetnij i rób swoje. Ludzie nie rozumieją, że w kolarstwie grupa działa jak firma, w której każdy ma swoją określoną rolę. Jest menedżer, który ma pod sobą pracowników, a każdy z tych pracowników musi zrobić określoną robotę. Od do, ani więcej, ani mniej, bo nikt nie lubi takich, którzy są zbyt leniwi i nikt nie lubi nadgorliwych. Profesjonalna, poważna grupa działa właśnie w taki sposób. Moje role były takie, jakie były, ja nie chciałem być liderem, nie czułem się na lidera. Mój wyścig kończył się pięć, 10 albo 50 kilometrów do mety. Trzeba zrozumieć kolarstwo, żeby się wypowiadać. Ale ludzie nie chcą, wolą pokomentować, nie mając wiedzy. Trudno, mimo wszystko później trzeba takim komentarzom stawić czoła. Z tym zdjęciem miałem o tym łatwiej, że w końcu na jego temat zaczęli się wypowiadać specjaliści z różnych dziedzin sportowych z całego świata i każdy mówił, że to jest normalne u zawodnika, który jedzie w Tour de France, właśnie pokonał ciężki etap i ma tylko pięć procent tkanki tłuszczowej. Mówili, że to może szokować, ale nie ludzi znających kolarstwo. Tak jak mnie szokują zdjęcia kulturystów. Nie jestem z tego środowiska i jak widzę, że gość ma większe ręce niż ja nogi, to mówię „sorry, ale jak on do tego doszedł?”.

Kulturystom w czystość uwierzyć jeszcze trudniej niż kolarzom.
- Tak, ale jak dwa lata temu zacząłem regularnie chodzić na siłownię, to też mi mięśnie zaczęły rosnąć, choć oczywiście nie w takim stopniu jak im. Wiadomo, że u nich wchodzą jeszcze inne rzeczy w grę, że oprócz diety więcej jest suplementów, odżywek i tego typu historii. Ale dalej się nie wypowiadam, bo się nie znam.

Nie kusiło Pana, żeby skorzystać z tych zaproszeń z USA?
- Nawet o tym nie wiedziałem. To doszło do naszego marketingu w grupie i biuro od razu wyrzuciło oferty do kosza, uznając, że nie ma szans na takie rzeczy. Ja się o tym dowiedziałem dopiero pół roku później. W grudniu albo w styczniu mieliśmy zgrupowanie organizacyjne i podczas szkolenia z social media temat zdjęcia wrócił. Było przykładem kontrowersyjnej wrzutki. Bo z jednej strony poszła wielka fala udostępnień i nazwa drużyny wszędzie się przewijała. Ale równocześnie szła ze zdjęciem fala niedowierzania, posądzania o doping. Wtedy powiedziano w grupie: „jak nie jesteście pewni co zrobić, to radźcie się nas”. Ale co ja się będę radził, ja mam swój rozum i wiem, co mam robić.

Fot. www.welovecycling.comFot. www.welovecycling.com

Miał pan za złe ludziom z grupy, że odrzucili zaproszenia, decydując za pana?
- Nie, gdzie by mi się chciało do Stanów latać, jak ja byłem 200 dni poza domem? Poza tym mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby z nimi dyskutować. Owszem, mogę powiedzieć, że jestem czysty, że wiem, co jem i nic nie stosuję, natomiast jeśli chodzi o słownictwo specjalistyczne, to mogę pogadać o rowerach, bo wiem, że łańcuch to jest chain, a kierownica to jest bar. Ale gdyby mi przyszło powiedzieć, że mam żyły płytko położone pod skórą, to już miałbym problem.

Fot. www.welovecycling.comFot. www.welovecycling.com

Pracuje pan z dziećmi, prawda?
- Mam akademię kolarską, firmuję ją swoim nazwiskiem, wszystko działa przy klubie kolarskim w Sobótce. Czy sam szkolę młodzież? Mam od tego trenerów. Ja tam tylko załatwiam kasę, sponsorów. I staram się przyciągnąć młodzież, pokazywać jej, że sport jest dobry, że kształtuje człowieka. Pokazuję, że dzięki niemu można gdzieś dojść, że dzięki niemu można zobaczyć kawał świata, coś fajnego robić.

Co Pan mówi i co pokazuje na spotkaniach z dzieciakami i z młodzieżą? Bo chyba nie swoje nogi?
- Nie, nie, pokazujemy jak wygląda rower, opowiadamy o wyjazdach na wyścigi dla dzieci. Nie zagłębiamy się za bardzo w temat kolarstwa zawodowego, bo z 40 trenujących osób może dwie dojdą do poziomu zawodowca. Nie ma sensu opowiadać im od razu o trudach, bo to by ich przeraziło. Ich tak naprawdę przeraża już, że muszą cztery czy pięć razy w tygodniu przyjść na trening. Niestety, teraz dzieci nie lubią się zmęczyć. Przecież na lekcjach wf-u w szkołach połowa dzieciaków

ma zwolnienia. Bardzo trudno jest ich przekonać do uprawiania jednej z najcięższych dyscyplin sportu na świecie. Dlatego my im pokazujemy, że kolarstwem można się bawić. Robimy to fajnie. Najpierw przychodzimy do szkoły z prelekcją, którą prowadzę. Pokazuję slajdy z fajniejszych wyścigów, z ładnymi widokami. Pokazuję też, jak wyglądają w środku nasze ciężarówki i autobusy, wprowadzam dzieciaki za kulisy. Później przechodzimy na sześciotygodniowy program pilotażowy, gdzie pracują moi trenerzy w obecności nauczyciela na lekcjach wf-u albo na lekcjach dodatkowych.

Uczniowie przychodzą z rowerami i kaskami, a my w formie zabawy pokazujemy im, jak się prawidłowo na rowerze jeździ, robimy coś na kształt pierwszych treningów. Wszystko jest zamknięte na terenie szkoły, ponieważ to są klasy 4-5-6 i jeszcze nie wszyscy mają uprawnienia, żeby wyjechać na drogę. Dopiero po tych sześciu tygodniach ci, którzy są chętni przystąpić do projektu akademii, przyłączają się do nas, dostają całe wyposażenie i zaczynają trenować.

I tu jest najgorzej, bo ze szkoły, w której jest sześć klas po 20 dzieci, dostajemy 25 deklaracji przystąpienia do projektu, a tak naprawdę na treningi przychodzą trzy-cztery osoby. Reszta podpisuje, bo podpisuje, a później idzie grać w piłkę, zasiedzi się przy komputerze albo nie ma ich kto przywieźć, bo jest też problem braku czasu i braku zaangażowania rodziców. Nie jest lekko, ale udaje się nam prowadzić grupę 30-40 zawodników od żaka do juniora. Czyli jakieś podłoże pod grupę w przyszłości jest.

  • Fot. www.welovecycling.com

  • Fot. www.welovecycling.com

  • Fot. www.welovecycling.com

Zacytuję Panu wpis Tomasza Sikory z Twittera. „Zostałem zaproszony ostatnio do kilku szkół na spotkania z uczniami. Jakie pytanie jest zadawane najczęściej? Zgadniecie?” Jak Pan myśli?
- Ile można zarobić na sporcie.

Dokładnie.
- Ha, ha, ha

Czyli Pan też to pytanie dostaje?
- Nie zawsze, ale faktycznie pytają ile zarabia kolarz. Jednak może nawet częściej mi się zdarza, że nauczyciele albo dyrekcja sugerują, żeby w podsumowaniu spotkania była informacja o pieniądzach. Mówią „zobaczcie, pan Bartek zwiedził pół świata, jechał w największych wyścigach, dzięki kolarstwu to wszystko osiągnął i dzięki

kolarstwu można dobrze żyć”. Dzieciaki pytają bardziej wprost - ile zarabia zawodowy kolarz.

A o czym Pan mówi dzieciakom najczęściej z własnej woli? Przywołuje Pan jakieś szczególne momenty ze swoich wyścigów?
- Wszystkie złe momenty staram się wymazywać z pamięci, a wszystkie fajne zostają. Było ich dużo. To są i czyste rezultaty, i radość z dobrze wykonanej roboty. Mówię o podiach na największych wyścigach, jak drugie miejsce na etapie w Asyżu w Giro czy trzecie na etapie na Vuelcie. Cieszą wygrane klasyfikacje w Tour de Pologne, górskie czy aktywnego kolarza. Zawsze fajnie jest wejść na podium. Ale też wspominam zwycięstwa kolegów, do których się przyczyniłem. To też są świetne wspomnienia, zwłaszcza że cały czas mam kontakt z chłopakami.

  • Michał Kwiatkowski Fot. Tim de Waele

  • Michał Kwiatkowski - APTOPIX Belgium Cycling Tour de France Fot. Christophe Ena (AP Photo/Christophe Ena)

  • Michał Kwiatkowski Fot. Sirotti/Icon Sports / AP Photo

Często wspomina Pan jazdę w drużynie, która pracowała na złoto mistrzostw świata dla Michała Kwiatkowskiego w Ponferradzie?
- Oczywiście!

Co Michał Wam sprezentował po tym złocie? Bo przecież w kolarstwie jest zwyczaj odwdzięczania się kolegom z grupy.
- To już zostaje między nami! Ale Michał jest bardzo otwartym, poukładanym gościem i on rozumie co to znaczy drużyna. A do tego ma gest. Naprawdę ma gest. Za to złoto do dzisiaj się nam odwdzięcza. Raz w roku organizuje w Toruniu imprezę na którą nas zaprasza. Zawsze opłaci hotel, posiłki i całą imprezę zamkniętą, robioną tylko dla środowiska kolarskiego.

Widać, że mu zależy na tym, żeby środowisko polskich kolarzy trzymało się razem. Jest na wszystkich wewnętrznych WhatsAppach polskiego peletonu, stara się to wszystko fajnie trzymać. Nie jest już tak, że każdy sobie rzepkę skrobie, tylko od jakiegoś czasu jak polska reprezentacja jedzie na mistrzowskiej imprezie, to jest naprawdę drużyną. Bo żeby jeden mistrz, czyli Michał Kwiatkowski, w stu procentach podłożył się na igrzyskach olimpijskich dla drugiego mistrza, Rafała Majki, to naprawę chapeau bas. Myślę, że tamtego dnia Michał też mógłby mieć medal. Było widać, że był bardzo silny. Ale ustalili na odprawie, że jadą na Rafała i pojechali na Rafała, a Michał świetnie się wywiązał z roli pomocnika. Mamy dwóch naprawdę wspaniałych kolarzy i widać, że oni potrafią ze sobą współpracować, co bardzo cieszy.

Tour de France 2011. Fot. Christophe Ena APTour de France 2011. Fot. Christophe Ena AP

Dopiero co obserwowaliśmy aktywnego Kwiatkowskiego w Criterium du Dauphine, czyli przedsmaku Tour de France. Jest szansa, żeby on pojechał dla siebie na „generalkę” w TdF, czy znów będzie zaprzęgnięty do pomocy Chrisowi Froome’owi, który po wygraniu Giro pewnie będzie chciał wygrać też TdF?
- Froome na pewno chciałby Tour de France wygrać, ale ja bym jeszcze ze dwa tygodnie wstrzymał się z prognozami, bo nie wiadomo czy on w tym wyścigu pojedzie. Wiemy, że jeszcze nie jest rozwiązana sprawa z jego zawieszeniem, a organizatorzy TdF tak tego nie zostawią, nie pozwolą, żeby jechał, jeśli sytuacja nie będzie jasna.

Zawsze w ostatnim miesiącu przed TdF WADA, UCI, przede wszystkim francuscy dziennikarze, odpalają jakąś bombę informacyjną, zawsze muszą coś wywlec, żeby trochę zdyscyplinować środowisko szykujące się do wyścigu. Jestem ciekaw jakie brudy w tym roku wyciągną na światło dzienne. Jeżeli Froome jednak będzie jechał i będzie w formie, to Michał wie doskonale, że musi jechać na niego. Opowiem coś, żeby pokazać, jak to działa. Kiedy jechałem swoją ostatnią Vueltę [2016 rok], to „Kwiatek” miał tam świetną nogę. Naprawdę świetną. A etapy były pod niego szyte. Aż na 10 etapach nie było praktycznie płaskiego, był bardzo, bardzo trudny teren. Mówię mu „kurde, Michał, to jest teren idealny dla ciebie! Chłopie, weź podkręć tylko trochę gaz na końcu i wygrywasz etap. Czemu tego nie robisz?”. A on na to: „słuchaj, bo jak mi później, za dwa-trzy albo cztery dni braknie gdzieś nogi w końcówce i nie będę mógł pomóc liderowi, to mi to będą

Od lewej: Chris Froome, Romain Bardet, w tyle Rigoberto Uran. Fot. CHRISTOPHE ENA/APOd lewej: Chris Froome, Romain Bardet, w tyle Rigoberto Uran. Fot. CHRISTOPHE ENA/AP

wypominać przez następne lata”. Tak to właśnie funkcjonuje, trzeba w pewnych momentach swoje ambicje odsunąć na dalszy plan i skupić się na pracy w tej firmie, o której wcześniej mówiłem.

Chris Froome podczas podjazdu na Col d'Izoard Fot. PETER DEJONG/AP

Mówi Pan, że Froome może mieć problem ze startem w Tour de France, a w Giro go nie miał. Jest tak, że organizatorzy najbardziej popularnego wyścigu świata są szczególnie surowi?
- Tak, w Giro go po prostu chcieli, organizator nie stwarzał mu żadnych problemów. Natomiast dyrektor Tour de France Christian Prudhomme ma inne podejście. Wyraźnie mówi, że on chce, żeby sprawa Froome’a została wyjaśniona przed wyścigiem. Nie wiem w którą stronę to pójdzie, ale moim skromnym zdaniem Froome nie powinien wygrywać Giro. Nie podoba mi się takie zachowanie. Jego sprawa nie jest do końca czysta. Od wiosny jechał sobie w wyścigach, ale nie było go widać. I okej. A tu chodzi o to, że przeciągają wszystko jak w przypadku Contadora. Dostał zawieszenia dwa lata, a tak naprawdę nie ścigał się przez jedną zimę, bo przez półtora

roku ciągnęły się odwołania, a on jeździł. W końcu go zawiesili gdy przyszła jesień, nie wystartował w ostatnim wyścigu roku, doczekał do wiosny i już było po karze, już startował, jakby się nigdy nic nie stało. To mi się nie podoba, bo to działa negatywnie na kolarstwo. Wiadomo, że ci najwięksi swoje miliony i tak zarobią, a tracą ci na samym dole. My w akademii w Sobótce tracimy, bo jeździmy do sponsorów, a ci mówią „nie, dajcie spokój, jakie kolarstwo, nie chcemy mieć z tym do czynienia”. Jak nie afera w PZKol-u, to doping. Na aferze Armstronga kto stracił? Wszystkie małe grupy i kluby kolarskie, wszystko się nam posypało. Góra ma kasę, oni mają budżety po 10 mln euro, mają dojścia do wielkich sponsorów, którzy też mają biznes w tym, żeby być na wielkich wyścigach. I dlatego ci ze szczytu mają w nosie czy ktoś wpadnie, byle to nie był ktoś od nich.

Michał Król, przewodnik wysokogórski IVBV

Michał Król, przewodnik wysokogórski IVBV:

Zapytałem klienta, czy chciałby, żeby samolot, w którym się znajduje, prowadził pilot mający doświadczenie jedynie na awionetkach? Nie odpowiedział

__________________
Paweł Wilk

- Na rynku istnieją firmy, mające swoich „przewodników”, którzy na Mont Blanc byli dwa razy, a trzecią próbę podejmują już z klientami. To niepojęte. Nie wiem, jak to kulturalnie skomentować, a przeklinać nie wypada – mówi w rozmowie ze Sport.pl Michał Król, nagrodzony w przeszłości przez Ministra Sportu wspinacz, przewodnik wysokogórski IVBV.

Paweł Wilk, Sport.pl: Czego trzeba dokonać, żeby zostać nominowanym w kategorii wyprawa roku, w plebiscycie National Geographic?

Michał Król, przewodnik wysokogórski IVBV: - Nie robię niczego dla nagród, więc ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba konsekwentnie robić swoje, obrać ambitny cel i realizując go – wyróżnić się. Zawsze planowałem wyprawy trudne, jechałem w niewiadome, chciałem wytyczać nowe drogi lub przechodzić ściany dziewicze, na których nikt wcześniej nie był.

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

Pana ten zaszczyt spotkał. Doceniono pańską wyprawę w Himalaje Pradesz.

- Tak, ale należy podkreślić, że nie stanęliśmy (wraz z Davidem Kaszlikowskim – przyp.red.) na ośmiotysięczniku, a na niezdobytym wcześniej szczycie mierzącym dwa tysiące metrów mniej. Był trudny technicznie, ogrom ściany robił wrażenie. Nie koczowaliśmy w namiotach, nie poręczowaliśmy drogi, tylko parliśmy w górę, wspinanie było najważniejsze. Fajnie, że zostaliśmy nominowani przez National Geographic, ale nie był to nasz cel, to raczej miły dodatek. Najważniejszy był wierzchołek i powrót do domu. W jednym kawałku.

W Indiach dokonał pan kilku wymagających przejść.

- Tak, ale jeżdżąc w Himalaje, nie nastawiałem się na konkretne trudności. Nie działałem według schematu, nie weryfikowałem jakości ściany i przeszkód, jakie staną na mojej drodze, bo wybierałem lokacje nie opisane, na których przede mną nie było nikogo. Z Polski zabierałem bardzo dużo sprzętu, bo nie wiedziałem, co będzie mi potrzebne. Byłem przygotowany na wszystko.

Nadal ciągnie pana w góry wysokie?

- Niedawno urodziło mi się dziecko, więc nie mogę sobie pozwolić na długi wyjazd. Obecnie skupiam się na Tatrach, a w styczniu 2019 r., jadę z Marcinem Tomaszewskim na jedną z potężnych norweskich ścian. Natomiast, jak najbardziej, chciałbym pojechać, może jesienią 2019 r., na dziewiczy siedmiotysięcznik. Moim marzeniem jest również wejście, nową drogą, na szczyt mierzący ponad osiem tysięcy metrów.

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

Co będzie pana celem w Norwegii?

- Chcielibyśmy wytyczyć nową drogę na Kjerag (1100 m n.p.m.). To bardzo duży klif, z którego skaczą base jumperzy. Marcin dokonał wstępnego rekonesansu, ale o ewentualnym sukcesie ekspedycji zdecydują warunki atmosferyczne, pogoda w Norwegii bywa kapryśna. Przedsięwzięcie jest skomplikowane logistycznie, żeby się wspinać, musimy pod ścianę dopłynąć łódką. Zimą inaczej się nie da. Planujemy wspinać się klasycznie, bez poręczowania, wykorzystywania kilkuset haków czy wiszenia w ławkach. Chcemy działać płynnie i bezpiecznie.

Wrócę na chwilę do Himalaizmu. Miał pan możliwość uczestniczenia w Zimowej Narodowej Wyprawie na K2 2018?

- Janusz Majer (do maja 2018 r. kierownik programu Polski Himalaizm Zimowy – przyp.red.) wspominał o zainteresowaniu mną, ale wiedząc, że w lutym urodzi mi się dziecko, w ogóle nie podjąłem rozmów. Temat umarł śmiercią naturalną, więc należy uznać, że propozycji nie otrzymałem. Gdybym nie miał rodziny, pewnie zastanowiłbym się, bo zimowe K2 (8611 m n.p.m.) jest dla polskiego himalaizmu bardzo ważne. Obecnie trzymiesięczna rozłąka z bliskimi nie wchodzi w grę.

Inna sprawa, że nigdy nie byłem na wyprawie z kierownikiem, nikt za mnie nie decydował, czy danego dnia się wspinam, czy robi to ktoś inny. Nie wiem, czy umiałbym się odnaleźć w takim porządku.

W sezonie 2019/2020 Polski Związek Alpinizmu planuje kolejną zimową wyprawę na K2. Co będzie, jeśli zostanie pan zaproszony?

- Nie pojadę. Mam dziecko, któremu chcę poświęcać uwagę. To najlepszy okres, gdy widzę, jak rośnie, rozwija się. Nie chciałbym przegapić tych chwil. Niedawno wróciłem z Alp, w których spędziłem miesiąc i było to za długo.

Rodzina jest najważniejsza?

- W tej chwili tak. Wydaje mi się, że to normalne, choć nie wiem, czy wszyscy wspinacze mają takie podejście. Styczniowy wyjazd do Norwegii zajmie dwa tygodnie, na podróż w Karakorum musiałbym poświęcić trzy miesiące.

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb


Co pan robi między wyprawami?

- Wspinam się z ludźmi, jestem międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim. Jeżdżę w Tatry, Alpy, Andy i Himalaje. Ludzie najczęściej wybierają Gerlach (2655 m n.p.m.), Mont Blanc (4810 m n.p.m.), Matterhorn (4478 m n.p.m.), Grossglockner (3798 m n.p.m.) czy Aconcague (6962 m n.p.m.).

Organizuje też Himalaya Base Camp, wydarzenie, które wymyśliłem, siedząc bezczynnie w namiocie pod Annapurną (8091 m n.p.m.). Jest to szkolenie z pierwszej pomocy, poręczowania, ABC wspinaczki, zjeżdżania na linie, ale punktem kulminacyjnym jest nocleg w wiszących na skale łóżkach. We wrześniu organizuje kolejną edycję.

To przygoda dla każdego?

- Oczywiście, choć impreza skierowana jest głównie do osób, które chciałyby zacząć się wspinać, poznać technikę, poczuć górski klimat. Doświadczeni wspinacze mogliby się nudzić. Fajnie, że ludzie integrują się w ten sposób, nawiązują przyjaźnie. Widzę, jak wrzucają na portale społecznościowe zdjęcia ze wspólnych wyjazdów w góry.

Wybierający komercyjną wycieczkę może nazwać się wspinaczem?

-Ludzie zadają mi takie pytania, zastanawiają się np., czy wspinając się ze mną w Tatrach, są taternikami, alpinistami. Moim zdaniem nie, bo takim mianem określić się może osoba samodzielna, niepotrzebująca przewodnika. Natomiast, jeżeli ktoś ma taką potrzebę, to proszę bardzo.

Z czym pan się mierzy w czasie wyjść z klientami?

- Najczęściej muszę stawiać czoła pogodzie. Umawiając wyjazd, nie mogę zapewnić, że uda się wejść na szczyt. W ciągu ostatniego miesiąca dwa razy wszedłem na Mont Blanc, ale również dwa razy musiałem zrezygnować. Pierwsza z pechowych grup nie miała odpowiedniej aklimatyzacji i doświadczenia w obyciu ze sprzętem

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

zimowym, więc zmieniliśmy cel i koniec końców, wszyscy byli zadowoleni. Drugiej ekipie plany pokrzyżował intensywny opad śniegu. Ryzyko było za duże.

Chcę też podkreślić, że nie jeżdżę w Alpy z osobami, których nie znam. Wszyscy moi koledzy po fachu stosują tę regułę. Na wyprawę w tę część Europy najlepiej udać się z osobami, które przeszły szkolenie zimowe i wiedzą, jak się poruszać w rakach. Bez tych umiejętności, wyjście np. na wspomnianego wcześniej „Blanca” jest nieodpowiedzialne i ryzykowne.

Jak ważne jest bezpieczeństwo w pańskiej pracy?

- Jest kluczowe, w końcu muszę wrócić do domu! Stres pojawia się przy każdej próbie i nie ważne, że np. na Mnichu byłem wielokrotnie. Przychodzą do mnie różni ludzie. Część jest odpowiednio przygotowana kondycyjnie, ale zdarza się, że jest po prostu dramat. Zastanawiam się, z czego to wynika. Czy to media społecznościowe wywierają taki wpływ na ludzi, że wybierają się w góry nieprzygotowani tylko po to, żeby komuś zaimponować?

  • Michał Król,
    przewodnik wysokogórski IVBV

  • Michał Król,
    przewodnik wysokogórski IVBV

  • Michał Król,
    przewodnik wysokogórski IVBV

Polska wyprawa na K2 sprawiła, co mnie bardzo cieszy, że coraz więcej osób chce się wspinać. Jednak trzeba to robić z głową. Na początek warto pojechać na kurs skałkowy, trenować pod okiem doświadczonego instruktora, który nauczy nas obsługi sprzętu i techniki. Nie chcę narzekać na rodaków, ale słuchając rozmów, mam wrażenie, że w Polsce wszystko jest na opak.

Wielu, z marszu, chce jechać w góry wysokie, nawet bez obycia tatrzańskiego, co jest absurdalne. Tatry nie są łatwymi górami, ale mamy je pod nosem, więc radzę wszystkim, żeby korzystać z tego dobra i w nich uczyć się rzemiosła. Żeby pojechać dalej, trzeba spędzić na Podhalu przynajmniej sezon.

  • Fot. facebook.com/MichalKrolClimber/

  • Fot. facebook.com/MichalKrolClimber/

  • Fot. facebook.com/MichalKrolClimber/

Pod koniec czerwca na Mont Blanc zginęła Polka. Padła ofiarą tzw. czarnego przewodnictwa.

- Ludzie chętniej korzystają z usług tańszych. Niestety, oszczędzając kilkaset złotych, często ryzykują życie. Zastanawiam się, dlaczego ci „prowadzący” nie poświęcą czasu na naukę, nie zrobią uprawnień przewodnickich. Na rynku istnieją firmy, mające swoich „przewodników”, którzy na Mont Blanc byli dwa razy, a trzecią próbę podejmują już z klientami. To niepojęte. Nie wiem, jak to kulturalnie skomentować, a przeklinać nie wypada.

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

Przytoczę panu historię z ostatniego wyjazdu w Alpy. Do mojej klientki podszedł facet, zaczął opowiadać, że wspinał się z Wandą Rutkiewicz, fotografował na kilku wyprawach. Zapytał, skąd jest. Kiedy odpowiedziała, że z Polski i przyjechała na Mont Blanc, od razu zadał kolejne pytanie: w ilu osobowym zespole będzie działać. Gdy usłyszał, że idzie z partnerem i przewodnikiem, co zresztą stanowią przepisy, bo nie można prowadzić w tym masywie więcej niż dwóch osób jednocześnie, zrobił wielkie oczy i kiwał głową z niedowierzaniem.

Wszystkie apele idą na marne, ludzie wybierają to, co tańsze, nie zapoznając się z kwalifikacjami danej osoby. Zapytałem klienta, czy chciałby, żeby samolot, w którym się znajduje, prowadził pilot mający doświadczenie jedynie na awionetkach. Nie odpowiedział. Tak właśnie jest z „czarnymi przewodnikami” – ich pojęcie o górach jest niewystarczające.

Profesjonalni przewodnicy mają wyższe stawki, to oczywiste, ale wszyscy korzystający z takich usług - bo dziewczyna, o którą pan pytał już nam nie odpowie - powinni zadać sobie pytanie, co jest ważniejsze: życie czy parę stówek więcej?


Co trzeba umieć, żeby otrzymać odznakę IVBV?

- Przede wszystkim trzeba się wspinać. To nie jest tak, że osoba z ulicy wymyśli sobie, że chce zostać przewodnikiem. Obecnie, żeby podejść do wstępnych egzaminów, kwalifikujących do kursu przewodnickiego, trzeba przedstawić górskie osiągnięcia wspinaczkowe i narciarskie. Żaden bubel nie przejdzie, bo trzeba podać daty i dane partnerów, z którymi prowadziło się działalność górską. Nikt nie zaakceptuje wykazu, z którego wynika, że wszystkie wypisane drogi przeszło się solo. To wręcz niewykonalne. Środowisko jest na tyle hermetyczne, że każdy wie, kto i co robi w danej chwili. Wszyscy się znamy, kłamstwo nie przejdzie.

Posiadając wykaz kilkudziesięciu, a nawet kilkuset dróg pokonanych na dużych ścianach gór całego świata, można podejść

Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimbMichał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

do egzaminów. Jest ich kilka: narciarski poza trasą i wspinaczkowe – lodowy i skalny. Po zdaniu egzaminów przystępuje się do kursu trwającego od dwóch i pół do trzech lat. Po nim następują praktyki trwające kolejne dwa lata. Po tym przychodzą egzaminy końcowe i od ich wyniku zależy, czy uzyskamy tytuł międzynarodowego przewodnika wysokogórskiego IVBV.